![]() |
| Ja i człowiek z Poznania. |
Czas oddać sprawiedliwość Polconowi i podsumować go, jak to na twórcę programu przystało. Na 2-3 miesiące przed Polconem odezwałam się z chęcią zorganizowania bloku dziecięcego, dowiedziałam się jednak, że organizator bloku dziecięcego już jest, ale chętnie przyjmie pomoc. Po krótkich negocjacjach ustaliliśmy, że ekipa EpikKids będzie tworzyć większość punktów programu w bloku dziecięcym, w związku z czym wyjątkowo otrzymałyśmy, ja i Ada, która przyjechała mi pomóc, darmowe wejściówki.
Standardowo twórcy programu dostawali jedynie walutę konwentową, jednak dla nas zrobiono słuszny, moim zdaniem, wyjątek. Siedziałyśmy na bloku praktycznie całe 2 dni z przerwami na wybiegnięcie po coś do jedzenia, od 10 do 18, w niedzielę od 10 do 16 - w czwartek nie było dzieci, do czego przyczynił się z pewnością rekordowy Kolejkon, o którym pisać zbyt wiele nie będę, ponieważ powiedziano już dość. Muszę jednak powiedzieć, że pierwszego dnia rzadko kiedy na bloku dziecięcym jest ruch - jeśli się zdarza, to znikomy.
Akredytacja ruszyła ze sporym opóźnieniem godziny, a może nawet dwóch - jednak ja i Ada całkiem nieźle bawiłyśmy się grając w siatkówkę nadmuchiwanym Pikachu. Został jednym z rozpoznawalnych i uwielbianych elementów konwentu, jak to zwykle z artefaktami w kształcie Pikachu bywa. W którymś momencie na trawniku przed Politechniką pojawił się człowiek wołający w stronę kolejki, że program prosi do przodu, i że trzeba się pchać o tam, po prawej stronie. Jego słowa zostały potraktowane bardzo dosłownie i już po chwili kilkudziesięciu żądnych akredytacji... to jest, chciałam powiedzieć, kulturalnych twórców programu, naparło na stoliki, gdzie odbywała się akredytacja. Zauważyłam, że odbywa się ona bardzo powoli, po kilka długich minut na osobę, na dodatek żadnej kolejki, tylko każdy próbował się przecisnąć "na chama".
![]() |
| Chaos na akredytacji. |
Współczuję za równo współkolej(k)arzom, jak i akredytującym, którzy musieli przeżywać spory stres. Podejrzewam, że całe zamieszanie ich bezpośrednią winą nie było. Słyszałam, że na dodatek nie mieli wprawy w akredytowaniu. Pierwszy raz dostałam identa z wydrukowanym imieniem, nazwiskiem i ksywką, więc byłam... bezkrytycznie zachwycona. Nie podobało mi się jednak, że niektórzy, pomimo że zaakredytowali się z wyprzedzeniem, dostawali puste identyfikatory, ponieważ... chaos. I tyle.
W każdym razie, po przepchnięciu się przez tłum z identyfikatorami w łapkach, pobiegłyśmy do Kotła, mijając ludzi zazdrośnie patrzących na zawieszone na naszych szyjach smycze. Zostawiłyśmy rzeczy, zorientowałyśmy się co i jak będzie wyglądać w bloku dziecięcym, po czym zaszłyśmy na Wydział Fizyki, gdzie mieściły się kramiki wystawców. Bardzo pozytywne zaskoczenie - nie upchnięto ich, jak na Krakonie, niczym sardynki do puszek, ale rozstawili się w ładnej, przestrzennej hali, było też kilka stanowisk na piętrze, dobrze ulokowanych. Ogólnie przyjemnie się chodziło i wydawało pieniądze. Hihi.
Ze smutkiem muszę przyznać, że w budynku głównym byłam tylko dwa razy - żeby się zaakredytować, a później, żeby odebrać walutę konwentową na sam koniec konwentu. Nie widziałam zbyt wielu cosplayerów, autorów, ominęła mnie też większość prelekcji. Wraz z Adą zaszłyśmy właściwie tylko na prelekcję o sztucznej inteligencji, która była na tak wysokim poziomie, że przegrzał mi się mózg, jednak politechniczny umysł Ady chyba wyniósł z tego wszystkiego trochę więcej. Ja zapamiętałam między innymi, że intuicja to też rodzaj inteligencji i to jedna z tych rzeczy, którą AI będzie trudno nauczyć...
W czwartek wieczorem dowiedziałam się, że w szkole konwentowej jest kiepsko z miejscem, bo nie jest w całości otwarta, w dodatku rano trzeba by było znieść swoje rzeczy w jedno miejsce, do szatni, a to mi się nie uśmiechało, więc przenocowałyśmy sobie we dwie u mojego znajomego na Kabatach (Dziękuję, Fatum!), zawierając przy okazji bliższą znajomość z jedyną linią warszawskiego metra.
Na szczęście organizatorzy załatwili drugą szkołę konwentową, a także opanowali kolejkę - na bieżąco naprawiali błędy, a nawet za nie przepraszali. W piątek i sobotę napięcie i złość związana z Kolejkonem zaczęła jakby słabnąć, konwent się rozkręcił i ludzie zdawali się dobrze bawić. Zagrałyśmy sobie z poznanym w kolejce człowiekiem w Munchkina i Story Cubes, Fatum wcielił się w rolę MG i zrobiliśmy z zebranymi spontanicznie ludźmi szybką i dziwną sesję Wampira Maskarady, gdzie to wampiry (sabotażysta z Krakowa, złodziej maskotek (ja), SSman z czołgiem, doktor Mengele z misją stworzenia Żydonatora i jeszcze jakiś buc) przyjechały na Polcon i uczestniczyły m.in. w LARPie. Zabicie mistrza gry poskutkowało zakończeniem sesji, ot, taka incepcja.
![]() |
| Ja i Narwal. |
Na koniec ja kupiłam sobie pluszowego narwala, Ada wydała ostatnie pieniądze na chleb Fluttershy i pojechałyśmy do domu.
Największe faile organizacyjne Polconu może i dotknęły nas bezpośrednio, ale poradziłyśmy sobie z nimi tak, że nie zniszczyły naszych planów. Wróciłyśmy do domów szczęśliwe i obładowane książkami ze sklepiku konwentowego. Oczywiście, szklanka zawsze jest do połowy pusta. Ale jeśli coś się udało chociaż w 50%, warto zobaczyć te dobre strony i uśmiechnąć się do ludzi, którzy się dla nas postarali.
Dziękuję, Avangardo! :)



Szkoda że blok dzięciecy był czynny tylko do 18.00 !
OdpowiedzUsuńCenna uwaga. Może na kolejnych imprezach uda się przedłużyć jego działanie do godziny 20 :)
UsuńHej, nie buc, tylko malkavianka prześladowana przez tych zielonych ;P
OdpowiedzUsuńMam dobrą pamięć, ale czasem coś mi umknie XDD
Usuń