piątek, 30 maja 2014

Liebster award od Diany + Przemyślenia o samodyscyplinie

Dawno mnie tu nie było...
Dostałam nominację do Liebstera od Diany. To naprawdę bardzo miły blogowy zwyczaj, ale nie będę tego podawać dalej, ze względu na to, że nie mam zbyt wielu blogowych znajomych, a nie chcę nic robić na siłę. Może w przyszłości będzie inaczej :)

Liebster award to rodzaj nagrody, którą przyznaje Ci inny blogger, za to, że fajnie piszesz, wstawiasz ciekawe obrazki, czy cokolwiek. Dostajesz zestaw pytań i musisz na nie odpowiedzieć. No więc, proszę bardzo:

1. Wyobraź sobie scenkę, gorący dzień 30 w cieniu, w aucie siedzi i dyszy pies. Wybijesz szybę?
Nie, nie ma mowy. Pewnie zaraz ktoś wróci, bez przesady. Oczywiście żal mi psa, ale nie zaryzykuję płacenia kary...

2. Gdzie jest miejsce, za którym tęsknisz najmocniej?
Nie mam pojęcia, bo to mój dom, którego jeszcze nie zbudowałam, albo nie wiem, gdzie jest...

3. Najbardziej znienawidzona czynność w dzieciństwie?
Sprzątanie odkurzaczem...

4. Co według Ciebie definiuję kobietę zadbaną?
Gładka cera, czyste paznokcie, zdrowe włosy, czyste ubranie. Może delikatny makijaż. To chyba proste. :)

5. Twoja guilty pleasure?
Facebook Messenger i niespanie po nocach. But I don't always feel guilty. ;)

6. Nocny Marek czy ranny ptaszek?
I to i to. Praca zmianowa uczyniła mój tryb życia dziwniejszym niż dziwny. :3

7. Gdyby przyszło Ci żyć w alternatywnej rzeczywistości to co byś wybrał/a: high fantasy pełne smoków magii, steampunkowe szaleństwa z maszynami parowymi, czy pełne mutantów tereny wyniszczone bronią nuklearną?
High fantasy, in der Tat. ;)

8. Jakie subkultury przerobiłaś/eś w młodszej młodości? :)
Młodszej młodości, haha... Motywy czaszek + różu to chyba jeszcze nie punk, a czarne ubrania i koszulki z obozów RPG oraz konwentów nie zrobiły ze mnie metala, ale próbowałam.

9. Kto jest dla Ciebie najbardziej znienawidzoną postacią historyczną?
Powiedziałabym, że Hitler, ale interesowała mnie jego biografia, więc nie wiem, czy to może się kwalifikować jako nienawiść.

10. Której potrawy absolutnie nienawidzisz?
Gotowanej marchwi...

11. Za co mnie lubisz? :D (Opcjonalnie dla osób, które mnie nie lubią, a chcą zachować poprawność oraz dla tych, które mnie nie znają: Za co lubisz siebie? :))
Za wesołość, optymizm, uśmiech, uczynność, poczucie humoru! Takie kochane słoneczko z Ciebie, Diana :3

***
Ostatnio nie prowadzę ani tego bloga, ani kanału na Youtube. Myślę, że 2 filmy i 4 posty miesięcznie, to coś w co mogłabym bez problemu wycelować. Tematów nie brakuje, czasu właściwie też nie, jedynie motywacji (jak zwykle). Najgorsze jest to, że mnóstwo rzeczy ostatnio zaczynam, a niewiele kończę. Nie mam obowiązków, które nade mną wiszą, chyba brakuje mi szkoły/studiów. Nawet na pewno. Nie chcę stanąć w miejscu - chodzić tylko do pracy, a cały wolny czas przeznaczać na drobne przyjemności, takie jak zakupy, wycieczki, spotkania towarzyskie.

Dlaczego takie życie, jakie mam, mi nie wystarcza? Zawsze chcę czegoś więcej. Kilka lat temu, byłabym wdzięczna za to co mam: stała praca, której nie zabieram do domu, dobra pensja, mnóstwo znajomych, którzy sypią propozycjami spotkań - często ciekawych, zapraszając na jakieś eventy, imprezy, posiadówki w pubach.

Chciałam skończyć szkołę, przez jakiś czas nawet rozważałam możliwość, że nie będę już więcej studiować, że założę własną firmę. Ale to jednak nie jest to, czego chcę. Uwięzienie w systemie daje czasem pewną satysfakcję z pięcia się po szczeblach edukacji i kariery. Dlaczego to jest pociągające? Chyba dlatego, że wielu ludzi, lubi osiągać cele. Lubi widzieć, że ich wysiłki przynoszą jakiś skutek. To w dużej mierze efekt psychologiczny - chcemy być doceniani, czasem papierek w postaci certyfikatu lub dyplomu znaczy dla nas więcej, niż dla pracodawcy (oczywiście również może pomóc).

Myślałam, że chcę od tego uciec, być ponad tym, poza tym. I zdałam sobie sprawę, że nie udźwignę takiego jarzma, jakim byłaby własna firma. Jeszcze nie teraz, nie parę miesięcy po tym, jak moje życie się z grubsza ustabilizowało. Podejmowanie decyzji przychodziło mi ostatnio z dużym trudem - np. zapisałam się na kurs niemieckiego, po czym z niego zrezygnowałam, jednak wiem, że gdy już w coś się na dobre wciągnę, nie potrafię tak po prostu tego zostawić. Dlatego chcę tkwić w tym systemie, gdzie TRZEBA iść do pracy, TRZEBA pójść na zajęcia, TRZEBA zdać jakiś egzamin. Świat w którym MOGĘ robić co chcę, zazwyczaj zawęża się do półleżenia na moim krześle obrotowym pośród bałaganu i przeklikiwaniem się między Facebookiem a YouTubem. W takie dni nawet obejrzenie filmu wydaje mi się zbyt czasochłonne i trudne (trzebaby było przecież przestać pisać ze znajomymi!)

Oczywiście, wychodzę więcej niż kiedyś. To dobrze, bo mam więcej ruchu, ale ciągle brakuje złotego środka. To znaczy, brakuje głównie tego jednego elementu - tzw. posuwania swoich spraw do przodu. Marzenia trzeba zmieniać w plany, rozpisując sobie strategie działania i wprowadzając je w życie, co staram się robić. Ale plany przekładane bezustannie na kolejne dni, stają się na powrót marzeniami, a może nawet czymś bardziej żałosnym, bo osiągają status czegoś co "mogłabym zrobić, ale..."

Tak bardzo tego nie lubię.

Najbardziej nie lubię tego, że moje długoterminowe cele nie pokrywają się z tym co mam ochotę robić na krótką metę. "Julka, powiem ci coś. Tak naprawdę, to nikomu się nie chce." - powiedziała moja nauczycielka muzyki. (Granie na pianinie jest jedną z tych rzeczy, które POWINNAM robić...)

Trzeba zrobić tak, żeby się chciało. Czasem pomaga, gdy spojrzy się na kogoś ambitniejszego od siebie. Niektórzy uważają, że ja jestem ambitna, ale w tej chwili to nieprawda. "Jadę" na tym co już osiągnęłam i jeśli prędko nie zacznę rozwijać się dalej, obudzę się pewnego dnia z pytaniem, czemu ciągle tkwię w tym samym punkcie.

Samodyscyplina to chyba najtrudniejsza rzecz w byciu dorosłym. Reszta jest po prostu cudowna! No, może oprócz wypełniania różnych dokumentów, ale to nie jest takie trudne. Nie chciałabym znów być dzieckiem. Bo po co? Teraz mogę tylko więcej, na plac zabaw można się wybrać w każdym wieku. :)

PS. Powrót do pytania, "czego wciąż mi brak, przecież wszystko mam?" - jest we mnie chęć, żeby się rozwijać, żeby nie stać w miejscu i nie wiem do końca, z czego ona wynika. Chyba po prostu mam taki charakter i czuję się głupia, gdy przez dłuższy czas niczego nowego się nie uczę. Chciałabym żyć, nie egzystować, być podróżnikiem, nie turystą, człowiekiem, a nie marionetką. Czasami pomaga poświęcenie swoich wysiłków jakiejś osobie, to ogromnie podnosi motywację. Pomyślałam, że skoro nie wiem, dla kogo się starać, postaram się dla swoich dzieci. Bo kiedyś będą, i chcę żeby były ze mnie dumne, tak jak ja jestem ze swoich rodziców i tego co osiągnęli i ciągle osiągają...


sobota, 26 kwietnia 2014

Flight Radar

Zwyczajny dzień w pracy. Na wewenętrznym komunikatorze jak zwykle piszę z kilkoma osobami, z jednymi o sprawach służbowych, z innymi o nauce japońskiego i tym podobnych górnolotnych sprawach. Jedna z koleżanek, poznana zupełnie przypadkiem Klaudia (była na szkoleniu wprowadzającym z moją znajomą) pisze, że jest zmęczona i nie robiła sobie dzisiaj nawet przerwy, więc zaraz do mnie przyjdzie, żeby chociaż rozprostować nogi. Zdaje się być trochę przygnębiona, podczas gdy zawsze tryska humorem. Proponuję szybkie wyjście do kuchni na herbatę, zabieram ze sobą grejpfruta, ale Klaudia nie ma ochoty się poczęstować.

Rozmawiamy sobie, o niczym ważnym, przez dobre kilka minut rozprawiamy o tym, czy filtrowana woda w firmie jest faktycznie filtrowana. W pewnym momencie, chyba dlatego, że wspomniałam o locie do Finlandii, Klaudia pyta, czy słyszałam o stronie Flight Radar, gdzie można śledzić samoloty przelatujące aktualnie nad danym miastem. Musiałam mieć minę, jakbym nie dowierzała, bo chciała się ze mną założyć. Poszłyśmy do mojego komputera, weszłam na stronę, na mapce pokazał się rzut na inną część Europy, z powodu proxy.

Szukając Bydgoszczy, zobaczyłam europejskie niebo ikonkami samolotów. Aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Porównywalnie wiele lata ich chyba tylko nad Ameryką Południową.

- A wiesz, że samoloty lecące z Europy do Japonii przelatują nad Biegunem Północnym? - powiedziała radośnie Klaudia. Chyba udzielił jej się mój dobry humor.
Aż mi się chyba rozszerzyły źrenice.
- Tak? Ooo, to ja muszę... Ale to musi być przyjemne i cieplutkie, jak taki samolot się rozbije, he, he, he...

Znalazłam samolot lecący z Frankfurtu nad Menem do jakiegoś chińskiego miasta, zaczynającego się na G. Zbliżał się bardzo szybko... miał przelatywać dokładnie nad siedzibą firmy! Zaczęłyśmy się szybko i głośno zastanawiać, gdzie jest wschód, gdzie zachód, a gdzie północ i południe i oczywiście pobiegłyśmy do złego okna, aczkolwiek samolot było słychać. Za chwilę jednak wyjrzałyśmy po drugiej stronie budynku - samolot do Chin znikał już w chmurach, ale ciągle było widać smugę.

Z jakiegoś powodu byłam strasznie szczęśliwa, nie pierwszy raz widziałam samolot na niebie, ale pierwszy raz wiedziałam skąd i dokąd leci. "Nie mogę z nimi teraz lecieć, to chociaż popatrzę jak lecą" - stwierdziłam. I byłam naprawdę szczęśliwa. Trochę bez powodu, ale to znacznie lepsze, niż smutek bez powodu, prawda?

Zaraźcie się ode mnie: Flight Radar